#dzikiblog

Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc - część druga

Marcelina Cież
Marcelina Cież


>>> Tu przeczytasz część 1.

 

Część II

Hit the road, Jack! – leci w głośniku, a my suniemy – o dziwo wcale nie tak dziurawą drogą, jak się spodziewaliśmy. O Albanii krąży wiele zniesławiających ją pogłosek – że brudno, że dziury, że nie ma warunków do jazdy samochodem… Owszem, nie jest idealnie, ale, ale! Albania zmienia się 
i rozbudowuje tak dynamicznie, że mapy powinny być aktualizowane co roku, podobnie jak przewodniki po tym kraju. Jedziemy. T. prowadzi, a ja studiuję przewodnik, żałując, że nie możemy się za bardzo zatrzymywać po drodze – okno pogodowe w górach ma trwać jakieś dwa dni, trzeba zmierzać prosto do celu. Jednak… nie mogę się powstrzymać.
– Stój! Zawróć!
– zarządzam, tknięta pozytywnym przeczuciem. Po lewej stronie drogi widnieje znak z napisem „Jalë”, wskazujący bardzo stromą drogę w dół, w stronę morza. – Skręć na tę plażę. Ponoć jest najpiękniejsza w całej Albanii. I tak musimy odpocząć chwilkę i coś zjeść. – Skręcił. Tym sposobem znaleźliśmy się w dość odosobnionym, aczkolwiek zatłoczonym miejscu. Wciskamy białego staruszka gdzieś pomiędzy gęstwinę samochodów na parkingu i wyruszamy jedynie zweryfikować czy rzeczywiście jest tak pięknie. Żar leje się z nieba, zbiera się na burzę. Rzeczywiście – jest pięknie. Woda morska w Albanii ogólnie wydaje się być krystalicznie czysta, a jej kolor przypomina wody Tajlandii. Ale tutaj jest jakby jeszcze piękniejsza. Kusząca. Niewiele myśląc, wskakujemy do wody po części w ubraniu, po części w bieliźnie – przecież stroje kąpielowe zostały w samochodzie. Plaża wypełniona jest masą kolorowych kamyczków, które zresztą zbieram i zabieram ze sobą do Polski. Wypluskani i cali mokrzy idziemy szukać czegoś do jedzenia. Następnie ruszamy w dalszą drogę.

Plaża Jalë, woda jak z baśni i burzowe chmury
Plaża Jalë, woda jak z baśni i burzowe chmury

Krajobraz staje się coraz bardziej górski. Droga wije się pośród malowniczych skał. Z jednej strony góry, z drugiej wybrzeże. Bajka. Robimy co jakiś czas przystanki w bardziej spektakularnych miejscach – by skorzystać z toalety i napić się, oczywiście, przepysznej mocnej super taniej albańskiej kawy. Mijamy nadbrzeżne wioski – odhaczam w przewodniku miejsca, w których zatrzymamy się w drodze powrotnej, gdy będziemy mieć nieco więcej czasu. Zapada powoli wieczór. Jeszcze tylko została do pokonania bardzo świeżo wybudowana autostrada usytuowana w majestatycznym górskim krajobrazie i będziemy prawie u celu.

Cappuccino Freddo – w życiu nie piłam bardziej orzeźwiającej i lepiej smakującej kawy!
Cappuccino Freddo – w życiu nie piłam bardziej orzeźwiającej i lepiej smakującej kawy!

Radomirë. Wieś leżąca u podnóża Korabu. Totalnie dzika, totalnie zabita deskami. Zapadła już noc. Jadąc tutaj, zdążyliśmy się przekonać, że krowy i kozy szwendające się samotnie po drodze to norma. Na krótkim odcinku albańskiej autostrady widzieliśmy nawet, jak pan przepychał kozę przez barierki oddzielające pasy – no przecież jakoś trzeba było przejść na drugą stronę! ☺ Teraz, wyjeżdżając zza zakrętu, prawie wjeżdżamy na objuczone sianem osły. Kawałek dalej napotykamy urwaną część drogi – po prostu nie ma jednego pasa. Oznaczenia? Worki, ułożone zapewne przez  mieszkańców, które mają skłonić do wdepnięcia mocniej hamulca. Z prawej strony przepaść, z lewej zbocze, z którego sypią się kamienie wprost na drogę. Mijamy świeżo wybudowany meczet, wznoszący się majestatycznie nad miejscowością. Już wiemy, gdzie znajduje się centrum tutejszego świata. Jest późno – dochodzi 22:00. O tym, że ktoś tu w ogóle mieszka, świadczą majaczące w oddali trzy światełka w oknach mieszkań, rozjaśniające mroczną gęstwinę. Gdzieś w internetach wyczytaliśmy, że na końcu tej drogi znajduje się mały hotel, w którym możemy przenocować przed wyjściem na szlak.

Meczet – serce Radomirë
Meczet – serce Radomirë

- Nie wierzę, że jest tu jakiś hotel, nie ma szans – mówię pesymistycznie, gdy jedziemy po prawie nieprzejezdnej drodze 10 km/h. Przygotowuję się powoli do spania w samochodzie. Taka opcja była brana pod uwagę. T. zatrzymuje się i wychodzi z samochodu zapytać mieszkańców czy jest tutaj możliwy jakiś nocleg. Chłopaki zarzekają się, że jest i to całkiem niedaleko! No dobrze, sprawdźmy to.

Dojeżdżamy do końca drogi. Po prawej stronie widnieją dwa budynki – w jednym z nich włączony jest telewizor, a w telewizji – a jakże – mecz! Mundial dotarł na koniec świata. Świadoma faktu, że jestem tu prawdopodobnie jedyną kobietą o tej porze (w Albanii kobiety nie wychodzą z domu po godzinie 22:00, do tego tutaj, w dzielnicy muzułmańskiej, kobiety w ogóle nie wychodzą do ludzi) oraz, chcąc uszanować tutejszą kulturę, zakładam ubranie zakrywające ciało i niezbyt krzykliwe. Wychodzimy z samochodu i idziemy zapytać o nocleg. Faktycznie mieści się tu mały hotel, jednak nie ma w nim wolnych miejsc – przyjezdni Włosi zajęli wszystkie łóżka. Zagadujemy do bardzo sympatycznego barmana – Agro jest właścicielem baru i hotelu. Mówimy mu o swoich planach, podczas gdy on parzy nam lokalną „mountain tea” (nie, nie ma to nic wspólnego z alkoholem, jesteśmy w krainie wyznawców islamu ☺). Z przykrością stwierdza, że niestety nie ma miejsc, ale może nam zaoferować za parę euro podłogę u siebie w domu. Zgadzamy się. Tym sposobem trafiamy do muzułmańskiego pokoju modlitewnego, wyłożonego futrami i przepięknymi kolorowymi materiałami. Atłasowe firanki i święte obrazy mieniące się złotą nicią, przedstawiające Hadżar, robią wrażenie. Pod ścianą mały ołtarzyk. Poruszamy się oczywiście boso. Mamy możliwość skorzystania z łazienki. Pokój mieści się w wiejskiej chacie, gdzie jest ganek, sień i izby. Na podwórku gospodarstwo. Wszędzie czuć obecność Allaha. Do dziś żartuję, że nigdy nie czułam się bardziej nago, niż biorąc prysznic w tym świętym miejscu! ☺ Kładziemy się zmęczeni podróżą, rano zaczyna się nasza największa przygoda.

Nasza nietypowa noclegownia
Nasza nietypowa noclegownia

Część III

Kukuuuryyyyku! Uch, 5:00. Kogut nie ma opcji „drzemka” – trzeba wstać. Hej ho, na szlak! No właśnie – szlak na Korab. Został wyznaczony dawno temu przez Polski Klub Alpinistyczny. Oznaczenia są widoczne głównie idąc od strony Macedonii, co oznacza dla nas dodatkową trudność. Plecaki zapakowane, głowa pełna pozytywnych myśli, pogoda przepiękna, idziemy. Czeka nas około 6 godzin w górę. Mieszkańcy pędzą na wypas krowy, na początku szlaku spotykamy konie i osły skubiące trawę nad strumykiem. Przepiękny poranek. Przechodzimy wpław lodowatego górskiego strumienia, a obok nas przeprawia się pan na ośle. Jeszcze nie wiemy, że to dopiero początek przedzierania się przez wodę. Szlak prowadzi po obu jej stronach, zatem później przeskakujemy jeszcze parę razy przez mniej lub bardziej rwący nurt.

Początek szlaku. Słońce już mocno grzeje, przez wodę przeprawia się pan na ośle
Początek szlaku. Słońce już mocno grzeje, przez wodę przeprawia się pan na ośle

Po wyjściu z terenu wypasu nie spotykamy już żywej duszy. Martwą za to jak najbardziej – gubiąc po raz enty szlak, napotykamy truchło jakiegoś zwierzątka. Malachitowa zieleń traw upstrzona jest gęsto pozostałościami po wypasanych zwierzątkach. Słońce praży, opalając nas jeszcze bardziej.
- Hej! Mam! Tutaj!
– krzyczę po wypatrzeniu czerwono-żółto-czerwonego znaku. Uff, po raz kolejny udało się nie błądzić za długo. Strumień wytycza drogę w górę, pomagając. Widoki są przepiękne, dzikość przyrody, cisza, spokój. Chce się żyć! Zza gór wychodzą chmury, co nieco nas niepokoi, jednak jesteśmy dobrej myśli.

Napotkany pośród zieleni szkielet i słabo widoczny szlak, namalowany na wierzchołku kamienia
Napotkany pośród zieleni szkielet i słabo widoczny szlak, namalowany na wierzchołku kamienia

Dochodzimy do wysokości, gdzie jeszcze w górskich żlebach zalega śnieg i tam spotykamy pasterza z dwoma dużymi psami pasterskimi oraz stado owiec.

Zalegający śnieg oraz bałwanek zbudowany przez nasze wewnętrzne dzieci ☺
Zalegający śnieg oraz bałwanek zbudowany przez nasze wewnętrzne dzieci ☺

Upewniwszy się, że warczący sabaka nas nie zje na obiad, pytamy pasterza o drogę – wskazuje nam ręką stronę macedońską. Idziemy dalej i… tym razem gubimy całkowicie szlak. Podejrzewamy, że część oznaczeń może być schowana pod śniegiem. Mamy dwa wyjścia: albo wspinać się po bardzo stromym zboczu od strony albańskiej, albo przejść troszkę naokoło i iść granią, co wymaga od nas przejścia na stronę macedońską. Po krótkim wahaniu i odpoczynku wybieramy drugą opcję i wychodzimy trawersem na grań. Po stronie albańskiej zbierają się chmury, powoli przesłaniając widok, jednak bajeczna kraina Macedonii lśni w słońcu! Ostatni szybki przystanek przed szczytowaniem i… Mamy to! Szczyt zdobyty!

Mamy to! Maja e Korabit, 2764 m n.p.m.
Mamy to! Maja e Korabit, 2764 m n.p.m.

A na górze grupa Czechów i Słowaków robiąca Koronę Europy oraz polska rodzinka z dziećmi – także zdobywająca KE. Jak swojsko! Wszyscy wyszli na Maja e Korabit ze strony Macedonii; tylko my szliśmy z Albanii, która do tej pory skąpana w chmurach po kilkunastu minutach uracza nas swoim widokiem.

W drodze...
W drodze...

Czeka nas jeszcze parę godzin marszu w dół po własnych śladach i dłuuuga podróż na południe samochodem. Ale w tej chwili to nie ma znaczenia. Mamy to!
Z poziomu morza znaleźliśmy się 2764 metry wyżej. Miłość do gór i wolność jest tak niesamowicie odczuwalna tutaj, w tej dzikiej krainie, daleko od domu! To mój pierwszy szczyt poza granicami kraju. Początek przygody.
Zarażona nieuleczalną chorobą, jaką jest pragnienie obcowania z majestatem gór, znowu łapię bakcyla. Przepadłam chyba już na dobre.
Po chwili ekscytacji, w głowie kiełkuje nieśmiało myśl – a gdyby tak wyjść wyżej? A gdyby tak zrobić Koronę Europy?
Koronę Europy? Dlaczego Kor… dlaczego nie!

Po zejściu – zmęczeni, ale szczęśliwi delektujemy się – oczywiście – kawą, zaparzoną przez Agro ☺
Po zejściu – zmęczeni, ale szczęśliwi delektujemy się – oczywiście – kawą, zaparzoną przez Agro ☺



Marcelina Cież - młoda psycholog, kochająca ponad wszystko góry, ostatnio zakochująca się także we wspinaczce, trwająca od jakiegoś czasu w trudnej, aczkolwiek wytrwałej relacji z bieganiem. Uzależniona od adrenaliny i mocnych wrażeń, wiecznie uśmiechnięta dusza, wciąż szukająca swojego miejsca na ziemi.

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów