#dzikiblog

Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc - część pierwsza

Marcelina Cież
Marcelina Cież

Część I

- Co powiesz na Albanię? – rzuca T. lekko.
- Albania? Dlaczego Al… dlaczego nie! – Odpowiedziałam bez przekonania, jednak desperacko złakniona podróży. Tyle dobrych słów słyszałam o Bałkanach, lecz nigdy nie wgłębiałam się w temat mocniej. W głowie od razu pojawiły się dwa skojarzenia: autostop i wakacje nad morzem. Autostop raczej nie wypali; morze jest piękne, ale wylegiwanie się na plaży nie jest moim ulubionym sposobem spędzania czasu.
- Są tam jakieś góry?
- Ha, podoba mi się twoje myślenie! Co powiesz na najwyższy szczyt państwa?
- Jestem za! – Odparłam ze zdecydowanie zbyt dużą dawką entuzjazmu w głosie. Jeśli chodzi o góry, a zwłaszcza szczyty, brak mi zahamowań. W głowie pojawia się od razu mnóstwo natarczywych myśli na temat podróży; już nutka ekscytacji miesza się z niecierpliwością, już synapsy łakną informacji na temat tych albańskich gór, już wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach, choć jeszcze nie mam pojęcia, na co się porywam. Ahoj przygodo!

- 7,5 godziny, akurat! Przecież spokojnie wyjdzie nam z 10 godzin, jeśli w ogóle nie spadniemy w jakąś przepaść po drodze lub nie pójdziemy na czołówkę z krową, tyle tu niespodzianek. – mówię ze śmiechem.

Podróże kształcą. Lekcja nr 1: zawsze warto brać poprawkę na czas podróży obliczony przez mapy internetowe. Zwłaszcza wtedy, gdy dość istotnym czynnikiem jest dojechanie do celu zanim zapadnie czarna noc.

Jesteśmy w drodze w Góry Dynarskie – w trasie prowadzącej na Korab – najwyższy szczyt Albanii i Macedonii. Jedziemy przez prawie cały kraj, by osiągnąć kolejny górski cel. Rozklekotana stara terenówka niesie nas dzielnie przez serpentyny wąskich dróg tak poskręcane, że największym marzeniem zaciśniętych na kierownicy rąk jest odpoczynek. Jednak widoki i dzikość klimatu rekompensują wszystko: zmęczenie, ból tyłka od siedzenia, brak klimatyzacji, gdy żar leje się z nieba. Jest cudownie. Przecież wiadomym jest, że wszelki luksus stoi w sprzeczności z przygodą, a już zwłaszcza w sprzeczności z naszym stylem życia, gdzie strefa komfortu zostaje przekraczana regularnie, zatem: chwilo trwaj! Cholera, dopiero teraz czuję, że żyję. Ostatnie parę dni było cudowne, jednak za bardzo cywilizowane i do bólu turystyczne.

W drodze w Góry Dynarskie
W drodze w Góry Dynarskie


Do Albanii polecieliśmy z biurem podróży. Wiecie, znajomy pracuje w takim miejscu, ogarnie tak, żeby było dobrze finansowo itede itepe. To moja pierwsza wycieczka z biurem. Raczej unikam tego typu wyjazdów, mam wrażenie, że ograniczają mi wolność i poczucie sprawstwa. Przyjechaliśmy do hotelu, w którym było multum Polaków, a ich najznakomitszym towarzyszem basenowego relaksu stał się Sławomir i narodowe „ukochane” disco-polo puszczane tak, aby nikt nie miał wątpliwości, że Polacy się dobrze bawią. Cóż, o gustach się nie dyskutuje. Jeden dzień, drugi, trzeci… Tyle wystarczyło, by zwiedzić prawie całe warte zobaczenia południe Albanii szczegółowo opisywane w przewodnikach. Sarandë, Ksamil, Gijrokastra. Smaczkiem był przejazd do Ksamilu komunikacją miejską. Człowiek na człowieku, wesoła albańska muzyczka, a zamiast biletomatu – biletoman, będący jednocześnie kanarem. ☺ Autobus żwawo sunie po albańskich drogach, gdzie przepisy ruchu drogowego są jedynie luźnymi wytycznymi (nawet dla policji, serio!), a namiętnie przytulające się do siebie karoserie są chlebem powszednim. Małże w Ksamilu zasługują na osobny wpis (zresztą tak samo jak albańska kawa) – ponoć są jednymi z najlepszych na świecie. Znawcą nie jestem, ale stwierdzam, że były przepyszne! Wino, kawa i owoce morza – wygląda na to, że jestem w raju. Trwa Mundial. Zarówno ja, jak i T. jesteśmy fanami mistrzostw, więc szukamy okazji do obejrzenia rozgrywek. Tak się składa, że jednego wieczoru jest ćwierćfinałowy mecz Rosja-Chorwacja. Ekstra!

W Albanii spore emocje, w końcu grają bałkańscy sąsiedzi. W każdej przydrożnej knajpce, restauracji, barze – mecz. Spacerując, docieramy do strefy kibica, mieszczącej się na plaży. Nie sądziłam, że obejrzę Mundial bezpośrednio nad Morzem Jońskim. Chorwacja wygrywa w karnych, Albańczycy świętują!

Gijrokastra i jej kamienne dachy
Gijrokastra i jej kamienne dachy

Cudowne widoki w Ksamilu – po wspięciu się na przypadkowy dach ☺
Cudowne widoki w Ksamilu – po wspięciu się na przypadkowy dach ☺

Syri i Kalter czyli Błękitne Oko – wywierzysko tworzące lodowatą rzekę; poniżej: ważkowate owady ubrane pod kolor lokalnej atrakcji, które skradły moje serce ☺
Syri i Kalter czyli Błękitne Oko – wywierzysko tworzące lodowatą rzekę; poniżej: ważkowate owady ubrane pod kolor lokalnej atrakcji, które skradły moje serce ☺

Temperatura sięga 35 stopni Celsjusza, jesteśmy tu już dwa dni. Wystarczająco dużo, by złapać słońce, wypełnić się witaminą D po kokardę i opalić do granic możliwości oraz odpocząć po podróży. Ruszamy na poszukiwania wypożyczalni samochodów. Jutro zamierzamy zwiedzić jeszcze słynne Blue Eye oraz kamienne dachy w okolicy miasta Gijrokastra, a potem uderzyć w drogę w upragnione góry. Ciekawi, ale jednocześnie pełni obaw, szukamy jakiegoś w miarę dobrze i rzetelnie wyglądającego miejsca, gdzie moglibyśmy wypożyczyć samochód z napędem na cztery koła. Przy drodze stoją panowie z kartonami, reklamujący swoje wypożyczalnie. Wybór jest dość trudny – żadna z wypożyczalni nie wygląda rzetelnie, do tego szukamy jeszcze czegoś, co nie pogrąży nas finansowo. Plan: wypożyczyć samochód na 3-4 dni, taki, który poradzi sobie w górskich warunkach. W końcu udaje się! Przypałowo biały staruszek, uroczy Suzuki Vitara jest nasz na kolejnych parę dni!

Poznajcie dzielnego białego staruszka ☺
Poznajcie dzielnego białego staruszka ☺

- Chcielibyśmy wypożyczyć samochód, który wytrzyma górskie warunki.
- Dokąd jedziecie?
- Na północ, w góry.
- Gijrokastra? – pyta Albańczyk, patrząc na nas z zaciekawieniem.
- Nie, nie, znacznie dalej. Radomirë. Jakieś 450 km stąd. (Gijrokastra jest oddalona o ok. 60 km od Sarandë).
Spojrzał na nas jak na wariatów – jak się później okazało, nie on jedyny.

Dwie urocze rezydentki patrzą na nas, jakbyśmy się z choinki urwali.
- Korab? Przecież to jest strasznie daleko! I niebezpiecznie! – mówi jedna z nich, zapewne mając w głowie same czarne scenariusze przewidujące kłopoty związane z tym, że dwóch uczestników wycieczki z biura podróży zaginęło lub, co gorsza, zginęło 450 km od miejsca zakładanego pobytu. Uśmiechamy się z rozbawieniem.
- Tak, wiemy, że brzmi to dość niepospolicie, ale planujemy zdobyć najwyższy szczyt.
- Jejku! Tyle lat tu mieszkam, a jeszcze nigdy tam nie byłam. Słyszałam tylko o tym co nieco. Jesteście szaleni! Cóż, to chyba nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć wam szerokiej drogi. Prześlijcie jakieś foty z góry! – mówi druga rezydentka, bardziej wyluzowana. – Kiedy wyjeżdżacie?
- Jutro z samego rana.

>>> Tu przeczytasz część 2.



Marcelina Cież - młoda psycholog, kochająca ponad wszystko góry, ostatnio zakochująca się także we wspinaczce, trwająca od jakiegoś czasu w trudnej, aczkolwiek wytrwałej relacji z bieganiem. Uzależniona od adrenaliny i mocnych wrażeń, wiecznie uśmiechnięta dusza, wciąż szukająca swojego miejsca na ziemi.

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów