#dzikiblog

Rybacy w Omanie

Maciek Krzak
Maciek Krzak


W Omanie wszyscy gdzieś jeżdżą. Patrzysz - jest droga. Prędzej czy później - a raczej prędzej - coś po niej przejedzie. My, żeby nie wyróżniać się za bardzo z tłumu, też stwierdziliśmy że będziemy jeździć. Choć i tak zdradza nas jasny odcień skóry i środkowoeuropejskie rysy twarzy, nie mówiąc już o lśniących z dwunastu kilometrów - blond włosach Magdy. To jest zupełnie nie do przeskoczenia. Ale może jakoś pójdzie, a właściwie… pojedzie. Mamy nawet auto i to w kolorze białym. Jest to tu dość częste, bo słońce dobitnie daje o sobie znać, a wiadomo biały odbija. Większość samochodów jest tu więc biała, reasumując – wyglądamy prawie jak tutejsi. 

No to jedziemy, a przed nami wielka przestrzeń. Droga ciągnie się i ciągnie. Po prawej stronie ziemia łączy się z niebem, a po lewej pomiędzy są jeszcze góry, ale ogólnie tam też ziemię uda się połączyć z niebem - tyle tylko że przez łącznik. Łączniki w życiu bywają ważne. Wie o tym większość podróżników, albo w niedługim czasie się o tym przekona. 

Jest i skrzyżowanie, pasuje więc je wykorzystać i jakoś złamać dotychczas panującą prostotę drogi i życia. Skręcamy w lewo i znowu jesteśmy na prostej. Jedziemy przed siebie nie zważając na okoliczności. Dojechaliśmy do końca drogi. Na jej końcu jest port, a w porcie statek. Statek ten jest o tyle ciekawy, że pozwala na przetransportowanie auta wraz z jadącymi na wyspę pełną przygód.  Niestety okazuje się, że za przygody czasem się płaci, nas aktualnie nie stać na taką przygodę. Nawet przy różnych kombinacjach, ukrywaniu Magdy w bagażniku i udawania bardzo biednych turystów, nic z tego nie wychodzi. Cóż zrobić? No póki co - wrócić. Jako że droga którą jechaliśmy była jedyną to wybór jest stosunkowo nieskomplikowany. Ruszamy. W opadającym ferworze odwracamy głowy, by na siebie nie patrzeć. Ja patrzę w lewo. Z lewej strony ziemia łączy się z niebem – nie bezpośrednio, ale za pomocą łącznika i to innego niż poprzednim razem. Wody. A dokładniej mówiąc - morza i to Arabskiego. Jest ciepłe i przysparza radości wielu osobom aktualnie będącym w jego otoczeniu, czasem i nam. Tym razem jednak, morze to nie będzie postrzegane jako symbol wakacyjnego rozpuszczenia, ale raczej jako miejsce ciężkiej pracy.

Po wyjściu z samochodu, w którym jeszcze możemy czuć się jak miejscowi (którzy wszędzie jeżdżą) - kurtyna opada. Nie jesteśmy stąd. Jakby tego było mało, to nie potrafimy nawet wydukać zdania po arabsku. I tacy nie tutejsi, postępujemy nie jak powinniśmy. Ruszamy w kierunku plaży. Co czujemy? Wodę, piasek, wiatr na twarzy i ryby. Nawet sporo tych ryb i ptaków. Łapczywe mewy pikują co chwilę z wrzaskiem, prawie rozbijając się o ciepły piasek. Ten sam który rozchodzi się nam pod stopami. Trafiliśmy na połów. Właściwie jego końcową część, bo chłopaki, zanim lód się roztopi - szybko przerzucają ryby z łodzi do skrzyń i zasypują je owym lodem. Natychmiast wrzucają je również do auta-chłodziarki, żeby przypadkiem się nie zepsuły. Wiadomo - ryba psuje się od głowy, więc lepiej tego uniknąć. To tak jak z ludźmi, też często psują się od głowy. I potem jednemu albo drugiemu wydaje się, że jak jest milimetr wyżej to jest władcą świata. A co najmniej ludzi którymi zarządza. Na pierwszy rzut oka praca jest kolorowa, skrzynie są albo czerwone, albo żółte albo niebieskie. Jednak jakby się tak dokładniej przyjrzeć, to bardzo łatwo zauważyć że wcale tak kolorowo nie jest.

Skąd przyjechali nasi rybni koledzy? Głównie z Bangladeszu. Tam jest nawet mniej kolorowo. Ktoś wie gdzie jest Bangladesz? Ktoś tam pewnie wie, a już przynajmniej większość się tam ubiera. H&M, Zara, Bershka, mają tam swoje fabryki, więc na jakieś 90 procent, jeśli masz coś z tych sklepów w szafie, to łatwo możesz sprawdzić czy na metce widnieje Made In Bangladesz. Albo przynajmniej sprawdzić na mapie, gdzie jest ten słynny Bangladesz. Czy są tu legalnie? Tak, a przynajmniej tak twierdzą. Chyba muszą tak twierdzić. Nie będę sprawdzał, bo dobrze im z oczu patrzy. Ci (już) nasi rybacy, pracują dla Omańczyka. Taką mają sytuację. Niektórzy pracują dla kogoś, a czasem ktoś pracuje dla niektórych. Pracują ciężko. Mógłbym tam stać i na oko policzyć ile dziennie przerzucają kilogramów ryb i lodu, tylko że od samego patrzenia czuję że bolą mnie ręce. I nie chce mi się stać tak długo. Pomijam fakt, że i tak jest ciepło, a praca trwa praktycznie cały dzień. Ile zarabiają? Nie pytałem. A sami też nie są zbyt rozmowni. Co innego ich dowódca. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to ich pan i władca, a przynajmniej na tej plaży ma nad nimi ten istotny milimetr przewagi.

Mikołaj próbuje grzecznie zapytać jednego z nich, czy może sobie zrobić z nim  zdjęcie. Po minie widzi, że chyba nie za bardzo. Na szczęście, z pomocą przychodzi wcześniej wspomniany dowódca i ze szczerym uśmiechem oznajmnia, że nawet jak nie będą chcieli to i tak może sobie z nimi zdjęcie zrobić. Magda zrobiła kilka dodatkowych zdjęć (w sumie to dzięki nim pamiętam o tych kolorowych skrzyniach).

I jak już było po wszystkim, żwawym krokiem wróciliśmy do auta, żeby znowu wtopić się w teren.

A mewy dalej pikowały, a piasek dalej rozchodził się pod stopami.


Tekst Maciek Krzak

Zdjęcia Magda Rusek


TO JEST TEST

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów