#dzikiblog

Ile kosztuje wyjazd na Puchar Świata?

Ania Brożek
Ania Brożek


Trzeba sobie zasłużyć

Wbrew sugerującemu tytułowi, tekst ten nie będzie o pieniądzach, choć na pewno wspomnieć o nich trzeba. A jak trzeba, to lepiej to zrobić od razu. Rzeczą oczywistą jest, że bez pieniędzy nie pojechalibyśmy nigdzie. Czy są to pieniądze zarobione samodzielnie, czy od rodziców (tak jak w moim przypadku przez większość kariery juniorskiej i początki seniorskiej) lub innych sponsorów, czy państwowe, czyli dofinansowania przyznawane przez PZA (które aktualnie umożliwiają mi starty w zawodach międzynarodowych), zasłużyć na nie trzeba i zmarnować nie można!

1. The World Games, czyli jeden z większych zaszczytów jakie mnie w życiu spotkały 2. Puchar Świata Arco 2017
1. The World Games, czyli jeden z większych zaszczytów jakie mnie w życiu spotkały
2. Puchar Świata Arco 2017

Co zatem znaczy, że zasłużyliśmy i nie zmarnowaliśmy? Medal dla Ojczyzny? Poniekąd. W tych „kosztach” kryje się coś więcej niż pieniądze. Coś, co dla mnie osobiście jest ważniejsze. Zanim przejdę do meritum, chciałabym podkreślić, że mówię tylko w moim imieniu i nie mam pojęcia ile zawodników mogłoby zgodzić się z tym tekstem, choć sądzę, że znajdą się tacy.

Z reguły jestem osobą oszczędną, z tego też pewnie po części wynika moje podejście. Nie miałabym sumienia pojechać na zawody nieprzygotowana… albo raczej ze świadomością, że nie dałam z siebie wystarczająco dużo, bym powinna (była godna?) pojechać. Z resztą, tak już nieraz bywało. Kiedy kilka tygodniu przez wyjazdem byłam niepocieszona moimi rezultatami na treningach, wielokrotnie padały hasła „nie chcę jechać, nie mam po co, to tylko marnowanie pieniędzy”. Na szczęście to były chwilowe kryzysy, a forma wzrastała w odpowiednim czasie (to już nie moja zasługa, a trenera!). Ale teraz nie o tym.

Finałowa czwórka Pucharu Świata w Edynburgu 2017
Finałowa czwórka Pucharu Świata w Edynburgu 2017

Ile nas kosztuje aby ta forma była i abyśmy byli godni reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej? Nim zacznę wyliczać, nie wiem czy uda mi się przekazać wszystko co bym chciała i tak, jakbym chciała. Na pewno nie chcę narzekać i jojdać jak ciężko mamy, bo absolutnie tak nie jest. Całe życie towarzyszy mi motto, że jesteśmy kowalami własnego losu, więc o ile jesteśmy zdrowi, to wszystko jest w naszych rękach.

Zawody to poważna sprawa

Dla mnie starty międzynarodowe, gdy państwo poprzez PZA wspiera Twój udział w zawodach, to sprawa poważna, której nie można traktować na pół gwizdka. Oczywiście, większość wspinaczy w Polsce nie ma takich możliwości, by poświęcić się trenowaniu całkowicie,  w końcu żyć za coś trzeba. Byłoby to spełnieniem moich marzeń, gdybym mogła się nazwać profesjonalnym sportowcem, jednak sęk w tym, by dać z siebie wszystko. Co znaczy „wszystko”? Jak niektórzy pewnie wiedzą trenowanie, to coś więcej niż…trenowanie. To nie tylko przychodzenie na treningi, zrobienie co trzeba i do domu. W moim przypadku to podporządkowanie niemal wszystkiego pod wspinanie. To masa wyrzeczeń, począwszy od tych małych, a kończąc na naprawdę dużych.

Wyrzeczenia

Na początek przykład tego małego wyrzeczenia. Kiedy byłam mała (czyt. miałam 17 lat) uwielbiałam w lecie jeździć nad wodę. Jeżeli ładna pogada trafiła się w dzień treningowy, jechałam nad wodę, a trening robiłam wieczorem. Gdzieś w świadomości miałam fakt, że trening po całym dniu spędzonym na słońcu nie do końca zasługuje na miano treningu, a już na pewno nie dobrego. No ale, miałam swoje priorytety, wolałam sobie wygrzać dupsko. Teraz nie ma takiej możliwości. Na trening staram się iść maksymalnie „świeża”, tak by był on owocny. Wyjazd nad wodę to jeden z wielu przykładów. To również praktycznie rezygnacja z imprez i to nie ze względu na alkohol, którego i tak nie piję (tutaj akurat to nie jest wyrzeczenie sportowe), ale po prostu ze względu na sen, czas na regenerację. Nie ma czasu na wyjazdy na narty, urlopy itp.

Złoty środek - dzielenie pasji z najbliższymi.
Złoty środek - dzielenie pasji z najbliższymi.

W reżimie treningowym nie ma urlopów. Jedyny okres kiedy mam wakacje to czas roztrenowania po sezonie, jakieś 2-3 tygodnie w październiku. Ktoś by mógł powiedzieć, że przecież cały czas gdzieś jeździmy i pół świata zwiedzamy na zawodach. I tak - to prawda, ale to nie są wakacje. Są to wspaniałe podróże i wspomnienia, ale jedziemy na zawody i to jest priorytet. Przykładowo, na niemal trzytygodniowym wyjeździe do Chin, zwiedzania jest może cztery dni, a czuję, że i tak zawyżyłam tę liczbę. Dodam, że dla osoby kochającej podróże, bycie na końcu świata i brak możliwości (oczywiście z wyboru) zwiedzania to istny BÓÓÓÓL! Ale! Nie narzekam, żeby nie było, kocham to co robię!

Jeden dzień zwiedzania Paryża po Mistrzostwach Świata ze świeżo upieczonym Mistrzem Świata Marcinem Dzieńskim | Rest day w Innsbrucku
1. Jeden dzień zwiedzania Paryża po Mistrzostwach Świata ze świeżo upieczonym Mistrzem Świata Marcinem Dzieńskim 2. Rest day w Innsbrucku - baaaaaldy!

No okej, nie ma urlopów, a jak mam przerwę na studiach, to cieszę się, że w końcu oddam się choć na chwile w 100% trenowaniu. Ale co ważniejsze, często gęsto nie ma ślubów, nie ma chrzcin, urodzin, świąt. Ja na szczęście mam taką cudowną rodzinę, że potrafimy dzień ojca obchodzić w sierpniu, a data ślubu mojej siostry została ustalona pod moje Mistrzostwa Świata w Paryżu (czaicie!!!!!!!). Jednak i tak wiele okazji rodzinnych nas sportowców niestety omijaI to chyba największy „koszt” jaki ponosimy.

Większość wyrzeczeń z jakimi trzeba się liczyć, dotyczy właśnie czasu. Nie wydłużysz doby, więc musisz z czegoś zrezygnować. Jednak to wciąż mój wybór, czy pójdę po zajęciach na piwo (którego i tak nie piję) ze znajomymi czy grzecznie pojadę na trening. W moim przypadku „pojadę na trening” oznacza kurs pociągiem Kraków-Tarnów (82km) i z powrotem do Krakowa. Taki marny żywot studentki-sportowca, który kocham nad życie. Do tego dochodzą inne mniej lub bardziej ważne kwestie, szczególnie dla kobiet. Ja raczej nie zwracam na to uwagi, ale jakby nie było, pięknych kobiecych dłoni nie mam, paznokci nie zapuszczę, a rozbudowane mięśnie to obowiązkowy efekt uboczny (choć fit teraz w modzie). Ahh, no i odwieczne pytanie - „co Ci się stało w nogę?”- czyli wiecznie poobijane, obdarte nogi. Ale ja je osobiście lubię. Zakwasy to taki „namacalny” dowód wykonanej pracy.

Wspinanie czy nauka?

Inną ważną dla mnie kwestią, mocno kolidującą ze sportem są STUDIA. Jestem świeżo po obronie tytułu inżyniera, zatem za mną cztery lata studiowania. Przez cały ten okres moje hasło przewodnie brzmiało „jak nie dam rady, to wezmę dziekankę”. I była to opcja kusząca, bo mogłabym się skupić na trenowaniu tak jak trzeba. No ale dałam radę. Różnie było, a rzekłabym nawet, że momentami ciężko.

Sesje w roku są dwie, zawody również można podzielić na dwa główne okresy. Los tak chciał, że okresy te lubią nakładać się z sesją. Zatem nierzadko musiałam zdać wszystko w pierwszym terminie, bo drugi i trzeci nakładały się z wyjazdami, albo na odwrót i przychodziłam tylko na ostatni termin (HIGH PRESSURE), albo ugodowi prowadzący organizowali dla mnie całkiem inne terminy. Ale oprócz samych egzaminów sportowych i naukowych, dochodzi do tego przygotowanie - treningi i nauka. Zdarzyło mi się uczyć cały dzień, a koło 22 iść na siłownię całodobową (dacie wiarę, że istnieje takie coś!). Także, nie ma lipy, go hard or go home. Ale satysfakcja jest niezastąpiona.

Kadrowa koszulka do zadań specjalnych
Kadrowa koszulka do zadań specjalnych

Czy mam czas na skały?

Częste pytanie jakie słyszę - czy mam czas na skały, czy wspinam się też z liną lub bulderuję. Skały i lina praktycznie nie istniały. Baldy czasem w ramach aktywnego restu albo w trening zastępczy, jeżeli nie było czasu kursować do Tarnowa. Jednak w większości wspinanie po za czasówkami, to aktywności dorywcze. Często po prostu wolę oszczędzić skórę (tak, czasowkowicze też miewają skałowstręt) lub po prostu siły, na rzecz treningu czasówkowego. Teraz na tapecie wszędzie Tokyo2020, więc podejście się zmienia, ale nie będę się o tym rozwodzić. Do tego wszystkiego dochodzą nazwijmy to niuanse, czyli np. szeroko rozumiana dieta. Chociaż jak tak myślę, to moje rzucenie słodyczy to coś strasznego, a nie niuans! Ale jeszcze straszniejsza jest wizja rzucenia sportu.

I dlatego to robię, dlatego to robimy. Na tym polega pasja. Dla wielu ludzi zjawisko niezrozumiałe.

Kocham teksty „musisz iść na trening? Zrób sobie raz wolne, trener się nie obrazi”. Jaki trener?! To nie chodzi o trenera, to chodzi o mnie!


Ania Brożek

Zajrzyj na piękny instagram Ani


Jeśli macie jakieś spostrzeżenia lub pytania do Ani, zapraszamy do komentowania :)

TO JEST TEST

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów