#dzikiblog

Fontainebleau po raz pierwszy, Fontainebleau po raz drugi?

Piotrek Białas i Julia Leonardi
Piotrek Białas i Julia Leonardi


Pewnego razu wybraliśmy się do magicznego lasu… Słyszeliśmy o nim od dawna, jednak w różnoraki sposób plany odwiedzenia go były krzyżowane. Wreszcie w tym roku się udało, spakowaliśmy cały niezbędny sprzęt i pojechaliśmy. 

 Swoją drogą, nie wiem, czy jest powszechnie wiadome  co oznacza "niezbędny sprzęt"  na wyprawie bulderowej. Jako że oprócz jednodniowej wizyty w podradomskim Adamowie nie mieliśmy doświadczenia w tej dziedzinie wspinaczki, opieraliśmy naszą wiedzę na filmach. Dzięki nim wiedzieliśmy, że bez czapki- kondoma, kawiarki, szczotki na kiju, wycieraczki do butów nasz wyjazd nie ma szans powodzenia. Tak więc, dzierżąc  szczotki w dłoni, a  czapki na głowach wyruszyliśmy.

Podróż odbyła się bez większych przeszkód. Najtrudniejszym jej etapem było przedostanie się przez zakorkowaną Warszawę. Zajęło nam to niemalże tyle, co pokonanie dystansu pomiędzy Eisenach a Frankfurtem nad Menem. 

Naszą gospodynią okazała się przemiła pani, która w podparyskim lesie spędziła swoją młodość i była w stanie sprzedać nam patenty na wszystkie bouldery, prawdopodobnie do 8A włącznie.  Widząc nasze rozpaczliwe próby wystartowania na technicznym kanciku za 6B spojrzała się z litością i powiedziała tylko ‘Hey, you can’t use the egde! I sent the boulder without it!’ Okazało się wtedy, że w Blo niekoniecznie najmocniejszy jest ten, kto daje ze szmaty czy trzyma wagę…


Wspinanie

Wspinanie w podparyskim lesie  zdecydowanie nie należy do najłatwiejszych, chociaż początki nie były tak straszne jak wnioskowaliśmy z opowieści pod tytułem "stary, ja na tej czwórce to nie mogłem w ogóle ruchów poskładać".  Największym wyzwaniem były dla nas mantle, pozwalające wydostać się na górę kamyka. Wspinacz, zmagający się z taką czynnością wygląda często w tak rozpaczliwy sposób, że przypomina bardziej orkę wyrzuconą przez fale Atlantyku niż Silvestra Stalone z filmu "Na krawędzi".  

Świetną taktyką na rozwspin okazało się robienie "cirquitów" - czyli boulderów oznaczonych na starcie kolorową kropką, mówiącą orientacyjnie o trudności (np. czerwony oznaczał problemy od 5b do 6b itd.). To rozwiązanie eliminuje potrzebę ciągłego szukania danego kamienia w przewodniku i pozwala na wspinanie bez ‘parcia na cyfrę’

Jednak już drugiego dnia postanowiliśmy poszukać trudniejszych boulderów. I tutaj kolejne zaskocznie - niektóre problemy wycenione na 7A wydawały się o wiele bardziej przystępne niż te nominalnie łatwiejsze.  Udało nam się znaleźć parę kamyków, na których odkryliśmy bardzo fajne linie, sprawdzające nie tylko siłę, technikę, równowagę czy odwagę, ale czasem wszystko to jednocześnie!

Jadąc na tak krótki czas do Blo należy liczyć się z faktem, iż nie zdołamy odwiedzić wszystkich sektorów i zobaczyć wszystkich słynnych propozycji. W trakcie 5 dni wspinaczkowych mieliśmy okazję być tylko w kilku z nich:

Franchard Isatis – dużo kamieni, nie tak dużo ludzi, super wspinanie, nie taka trudna cyfra

Bas Cuvier - jeszcze więcej kamieni, dużo ludzi, super wspinanie, bardzo trudna wycena

Franchard Carrier - piękna sceneria, kamieni dużo, lecz wspinanie jest chyba tylko na jednym - słynna bania Rainbow rocket oraz jej 3 łatwiejsze wersje

Elephant - dotarliśmy tam w kompletnej zlewie i poszliśmy jedynie się przejść - ilość kamieni robi wrażenie!


Po części ogólnej postanowiliśmy opowiedzieć o naszych osobistych przemyśleniach.


Julia

Wyjazd na baldy był moim cichym marzeniem od kiedy bardziej się na tej dyscyplinie skupiłam przez zawody na panelu. Jednak od kiedy jestem z Piotrkiem (a jest to mniej więcej tyle, ile się wspinam) wyjeżdżamy w skały zawsze razem, a on nie był nigdy zbyt przychylny do wyjazdu z crashpadami. Do tego dochodził fakt, że sama uwielbiam się wspinać z liną, dlatego ten plan ciągle był spychany na "za rok".

Gdy w tym roku w końcu "za rok" zamieniło się na "za tydzień", trochę nie mogłam uwierzyć w to, że w końcu zobaczę co to jest bouldering bez fluo różowych chwytów i stopni. Szczerze powiedziawszy zaczęłam się wahać, czy w ogóle powinnam jechać, ze względu na ilość pracy, która zaczęła mnie zasypywać na uczelni. Na szczęście nie pożałowałam decyzji wyjazdu, a bouldering okazał się jeszcze lepszą zabawą niż myślałam!

Wielką przyjemność sprawiało mi wspinanie się po teoretycznie "łatwych" baldach, które nieźle dawały w kość. W ten sposób odkryłam, że na baldach zupełnie schodzi mi napinka na cyfrę a luźna atmosfera panująca w sektorach sprawia, że wspinanie znów odczuwam jako zabawę. To jednak nie znaczy, że nie miałam ochoty na soczyste ruszki, które porządnie mnie napną.

I tak drugiego dnia natrafiliśmy na jeden z fajniejszych boulderów jakie robiłam: Respect d’Intention za 7A. Rześkie ruchy po oblaczkach z super podhaczkami i czujnym wyjściem. Muszę powiedzieć, że właśnie ten boulder zrobił mi smaka na więcej!

I tak po reście poszliśmy na jeden z bardziej popularnych sektorów – Bas Couvier, aby próbować jeden z bardziej popularnych boulderów – Carnage za 7B+. Brutalne trzy zgięcia po małych chwytach – esencja boulderingu. Wstawki w ten boulder były… zabawne.

Gdy w końcu po dwóch Francuzach, trzech Niemcach, Włochu i Hiszpanie nadchodziła moja kolej podchodziłam pod boulder, dogrzewałam palce, magnezjowałam i… spadałam z pierwszego ruchu. No i znów na koniec kolejki. Mimo to udało mi się w końcu skleić całego balda, w sobotę, gdy o dziwo było jednynie 3 Francuzów.


Spoza całej listy pozytywnych wrażeń i przemyśleń na temat Bleau, mam też parę negatywnych, którymi myślę, że warto się podzielić:

  • W negatywny sposób zaskoczyła mnie nierówna wycena boulderów, akurat mi wyszło to nawet na dobre, gdy przypadkowo sflashowałam 7A. Ale często czułam wewnętrzny niesmak gdy widziałam różnicę między jednym a drugim 6B. Możliwe, że to po prostu taka specyfika wyceny, mi w każdym razie średnio leżała.
  • Odnosi się to pewnie też do nierówności wycen, bowiem chodzi klasycznie o… parametr. Zawsze mnie to denerwowało na panelu i zawsze będzie mnie denerwować, gdy widzę piękną skałkę i nie sięgam nawet do chwytu startowego…
  • Atmosfera, czyli coś i na plus i na minus. W porównaniu ze wspinaniem z liną, bouldering wymaga mniejszego zaangażowania psychicznego. To czasem jest pozytywne, ale ja właśnie bardzo lubię poczuć taką więź z drogą, którą robię. Jest to bardziej podniosłe i "czyste". Nie dziwi mnie ta różnica, jako że te dyscypliny mają zupełnie inny charakter. Jednak po dłuższym przemyśleniu stwierdzam, że bardziej podoba mi się ta powaga wspinania sportowego. Bouldering natomiast bardziej odbieram jako zabawę.

Poza tym jednak nasz wyjazd zaliczam do jednych z bardziej udanych! I mimo, że trochę ponarzekałam (bo lubię, a co), to zdecydowanie mam zamiar jeszcze wrócić do tego przepięknego lasu!


Piotrek

Planując jesienny wyjazd zastanawialiśmy się pomiędzy Ospem a Blo. Jako że buldering traktuję głownie jako formę przygotowania pod wspinanie z liną, a nie cel sam w sobie, nie byłem skłonny wybrać tą  drugą opcję, jednak po rozmowie z moją lepszą połówką zmieniłem zdanie. Czy żałuję tej decyzji? Nie!

W ten sposób  mój pierwszy wyjazd na bouldery doszedł do skutku i pomimo tego, że wiedziałem generalnie o co tam chodzi, to kilka rzeczy bardzo mnie zadziwiło:

  • Nie ma tam wpinek! Jak w skałach można nie robić wpinek! (niby oczywiste, ale przez ostatnie 8 lat zawsze robiłem wpinki! Dobrze że mieliśmy listewkę do rozgrzewania na ekspresie- klikałem sobie pomiędzy wstawkami)
  • Spadanie na crashpada nie zawsze jest bezpieczne i przyjemne - w bulderingu też trzeba mieć psychę! (wydawało mi się, że po zimowej, 20 godzinnej przygodzie na Kazalnicy nic mnie już nie wystraszy)
  • Myślałem że umiem się wspinać na połogach (nie umiem, udowodniłem to wiele razy podczas tego wyjazdu)
  • Myślałem,  że nie umiem haczyć pięty (a prawie zawsze mi to wychodziło)
  • Naleśniki są naprawdę najlepszym śniadaniem przed wspinaniem (w dniu kiedy je zjedliśmy, zrobiliśmy projekty. Przypadek?)

Z pokonanych boulderów najbardziej w pamięci utkwiło mi kilka z nich. 

  • Voltex 7B+ -  to, że lubię skakać wiadome było mi nie od dzisiaj, ale nie wiedziałem że aż tak! Jest to ‘Rainbow rocket- wersja dla ubogich’. Daleki skok z dobrego chwytu i nogą prawie nad głową do krawędzi. Kiedy tam byliśmy, siąpił deszcz, więc utrzymanie jej nie było łatwym zadaniem.  Znajomość  rozpocząłem i zakończyłem w 10 minut; szkoda że tak szybko!
  • Mortal Transfert 7B - czyli łatwiejsza wersja Voltex’a. Po skoczeniu obydwu dostałem takiego wyrzutu hormonów szczęścia, że nie mogłem spać przez całą noc. Ekstra!
  • Respect d’Intention 7A - perełka. Kiedy myślałem o bulderingu, przed oczami ukazywał mi się dokładnie taki kawałek skały. Start w dachu, końcówka w pionie, podchaczenia pięty, kompresja, dynamika, czujna góra. Uroku dodała grupka Włochów, która razem z nami próbowała tą linię. Super atmosfera i doping, pozwalający na wykrzesanie 110% mocy
  • L’angle du Serac 6B+ - przepiękny kant, okraszony tak małymi i ostrymi stopniami, że po przejściu bolał mnie duży palec u stopy. 
  • Cortomaltese 7A - kwintesencja wspinania w Blo - utrzymanie obydwoma rękoma oblaka, wymagające spięcia całego ciała oraz wygenerowanie z niego dynamicznego ruchu do góry. Piękne!
  • Tire Bouchon 7A+ - bania z dwóch podchwytów do krawędzi. Zrobiłem ten boulder pierwszego dnia, całkowicie przez przypadek, podczas robienia cirquitów. Obok była narysowana czerwona kropka, więc byłem przekonany, że jest to co najwyżej 6B. Wielkie było moje zdziwienie, gdy po udanej próbie przyszła ekipa z Niemiec, gratulując mi pokonania mojego pierwszego 7A+
  • Carnage 7B - ostatni dzień,  ostatnia próba, tuż przed ulewą – czy mogło być piękniej?  Ciężko wyobrazić sobie bardziej książkowy przykład boulderu. 3 ruchy, każdy z nich trudny, a w ciągu jeszcze trudniejsze. Początek to mocne dogięcie do krawądki działającej w plecy, której utrzymanie wymagało pracy całym ciałem. Następnie lewa ręka do beznadziejnego wymycia i szybki ruch prawą do lepszego już chwytu. Ostatni ruch do topowej klamy bez użycia nóg (przynajmniej w moim przypadku) . Spędziłem 3 dni próbując skleić te 3 ruchy w całość i jestem naprawdę zadowolony, że udało mi się to zrobić, gdyż trzymanie małych chwytów nie jest moją mocną stroną. Jednak czyż rozwój we wspinaniu nie polega na robieniu czasem tego, co najgorzej nam wychodzi?

Podsumowując, wyjazd bardzo udany. Nie tylko pod względem kulinarnym - zaspokoiłem roczne zapotrzebowanie na croissanty i pain au chocolate, ale też wspinaczkowym. Kolejny raz mogłem przekonać się, że pomimo niekrótkiego stażu wspinaczkowego, ten sport nie przestaje mnie zaskakiwać, pokazując aspekty, nad którymi muszę popracować. Już cieszę się na myśl o powrocie i spróbowaniu paru linii, szczególnie jednej, która jest moim marzeniem od kiedy zobaczyłem ją jako uczeń gimnazjum. Jaki to boulder? Zatrzymam to dla siebie, tajemnica ma swój smak dopiero, kiedy ujawni się ją we właściwej chwili…


Piotrek Białas i Julia Leonardi

TO JEST TEST

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów